mBlog

INFO

Biznes i praca

Jak swoją sprzedaż online z Polski rozszerzyć na kraje EU – moja własna droga

Jak swoją sprzedaż online z Polski rozszerzyć na kraje EU – moja własna droga

Prowadzę sklep internetowy już jakiś czas i chociaż z wykształcenia i zajawki jestem raczej po tej „techowej” stronie mocy, to serce od dawna ciągnie mnie do rzeczy robionych ręcznie. Dlatego w moim sklepie od początku królowało drewno. Bransoletki, naszyjniki, świeczniki – wszystko proste, naturalne, takie „do dotknięcia”, a nie tylko do scrollowania na ekranie.

Prowadzę sklep internetowy już jakiś czas i chociaż z wykształcenia i zajawki jestem raczej po tej „techowej” stronie mocy, to serce od dawna ciągnie mnie do rzeczy robionych ręcznie. Dlatego w moim sklepie od początku królowało drewno. Bransoletki, naszyjniki, świeczniki – wszystko proste, naturalne, takie „do dotknięcia”, a nie tylko do scrollowania na ekranie.

I powiem szczerze: długo myślałem, że to nisza nisz. Że fajne, ale raczej dla wąskiej grupy ludzi, którzy naprawdę jarają się rękodziełem. Bez wielkich liczb, bez fajerwerków. Ot, mały sklep, który daje mi satysfakcję i poczucie, że sprzedaję coś autentycznego.

Kilka miesięcy temu odezwała się do mnie dziewczyna, też totalna fanka rękodzieł. Robi świece. Ale nie takie „byle jakie”. Naturalne, ręcznie zalewane, z zapachem, który serio potrafi zmienić klimat w pokoju po pięciu minutach. Pogadaliśmy chwilę, potem dłużej, aż w końcu padło klasyczne:
„A może spróbujemy czegoś razem?”

Bez spiny. Bez wielkiego planu biznesowego na 40 slajdów. Po prostu: wrzućmy świece do mojego sklepu i zobaczymy, co się stanie.

Nie spodziewałem się większych owacji. Serio. Myślałem raczej: „ok, może się sprzeda kilka sztuk, może ktoś dorzuci świeczkę do bransoletki, taka miła ciekawostka”. A tu proszę – rynek polski zareagował całkiem dobrze. Nie viralowo, nie „wyprzedane w godzinę”, ale stabilnie, zdrowo i – co dla mnie najważniejsze – z fajnym feedbackiem od klientów.

Ludzie pisali, że to się fajnie uzupełnia. Drewno + świeca. Prezent, który wygląda na przemyślany, a nie kupiony w ostatniej chwili. I nagle zacząłem patrzeć na swój sklep trochę inaczej. Nie tylko jak na miejsce, gdzie sprzedaję produkty, ale jak na przestrzeń dla rzeczy robionych z pasją, nawet jeśli nie wszystkie wychodzą spod moich rąk.

To było dla mnie ciekawe doświadczenie, bo od strony technicznej wszystko ogarniam automatycznie – integracje, płatności, logistyka – a tutaj najważniejsza okazała się ludzka współpraca i wspólne wyczucie estetyki. Bez korpo-klimatu, bez excela na każdym kroku.

Na razie działamy spokojnie. Testujemy, obserwujemy, słuchamy klientów. Polski rynek pokazał, że jest na to miejsce i że rękodzieło wcale nie musi być tylko „dodatkiem”. A ja? Ja się przyglądam temu z lekkim uśmiechem, bo wyszło lepiej, niż zakładałem – i dokładnie tak lubię najbardziej.

Ostatnio byłem na urlopie w górach. Klasyka: trochę chodzenia, trochę nicnierobienia, dużo myślenia. I jak to u mnie bywa – najlepsze pomysły wpadają do głowy nie przy biurku, tylko wtedy, gdy człowiek siedzi wieczorem w drewnianym domku, patrzy na góry i ma obok zapaloną świeczkę.

I właśnie wtedy przyszło to jedno pytanie:
czemu ja w ogóle ograniczam się tylko do Polski?

Serio. Mam sklep online, produkty z drewna, rękodzieło, do tego świece od dziewczyny, z którą współpracuję. Klimat bardzo „slow”, naturalny, bliski naturze. A ja siedzę w górach i nagle uświadamiam sobie, że dokładnie taki vibe kochają też klienci w innych krajach EU. Zwłaszcza u naszych zachodnich sąsiadów.

No i zaczęło się myślenie.

EU to nie „zagranica”, jak kiedyś

Pierwsza rzecz, która mnie uderzyła: sprzedaż do krajów Unii to dziś zupełnie inna liga niż jeszcze 10–15 lat temu. To nie jest już „eksport”, który brzmi jak coś wielkiego i strasznego.
To bardziej: wysyłka trochę dalej.

Te same zasady, podobne prawa konsumenta, brak ceł, brak kombinowania. Paczka jedzie kilka dni dłużej i tyle. Z perspektywy sklepu internetowego – naprawdę niewielka różnica.

Większy rynek, ta sama praca

To chyba największa zaleta, która mnie przekonała.

Ja:

  • nie muszę tworzyć nowych produktów

  • nie muszę zmieniać procesu produkcji

  • nie muszę nagle robić rewolucji w sklepie

A w zamian dostaję kilkukrotnie większy rynek. Te same bransoletki, te same świeczniki, te same świece mogą trafić do kogoś, kto szuka dokładnie takich rzeczy… tylko że nie mieszka w Polsce.

Ta sama robota, więcej potencjalnych klientów. Brzmi uczciwie.

Rękodzieło z Polski ma dobrą opinię

To kolejna rzecz, którą sobie uświadomiłem dopiero z czasem.
Rękodzieło z Europy Środkowej – a szczególnie rzeczy z drewna – jest postrzegane jako:

  • solidne

  • naturalne

  • autentyczne

Nie masówka, nie fabryka, nie plastik. Tylko realny człowiek po drugiej stronie. I to jest coś, co w krajach EU naprawdę się sprzedaje. Ludzie są gotowi zapłacić więcej za historię, materiał i fakt, że coś nie powstało na taśmie.

Logistyka? Mniej straszna, niż się wydaje

Szczerze? Zawsze myślałem, że wysyłka za granicę to będzie koszmar.
A potem usiadłem, sprawdziłem ceny, terminy i… zdziwiłem się.

Kilka dni różnicy w dostawie. Kilkanaście złotych więcej za przesyłkę.
Dla klienta, który kupuje ręcznie robiony produkt – to naprawdę nie jest bariera. Zwłaszcza jeśli od początku jasno komunikujesz, ile to trwa i dlaczego.

Dywersyfikacja, czyli spokojniejsza głowa

Jest jeszcze jedna zaleta, o której rzadko się mówi, a która dla mnie – jako właściciela sklepu – jest mega ważna.

Sprzedając tylko w jednym kraju, jesteś od niego totalnie zależny.
Sezonowość, trendy, nastroje, inflacja – wszystko uderza w jedno miejsce.

EU daje:

  • więcej źródeł sprzedaży

  • większą stabilność

  • mniejszą nerwówkę, gdy „u nas” akurat jest słabszy moment

I to nie chodzi o robienie od razu wielkiej ekspansji. Czasem wystarczy otworzyć drzwi i zobaczyć, kto zajrzy.

Siedziałem wtedy w tych górach, popijałem herbatę i pomyślałem, że to chyba naturalny kolejny krok. Bez spiny, bez ciśnienia. Po prostu sprawdzić, czy moje drewno i nasze świece znajdą klimat także kilka setek kilometrów dalej.

I coś czuję, że to nie był przypadkowy pomysł z urlopu.

Po powrocie z gór nie było już odwrotu. Pomysł siedział mi w głowie za długo, żeby go zignorować. Rozpakowałem plecak, zrobiłem kawę i stwierdziłem: dobra, sprawdzamy jak to naprawdę wygląda w praktyce.

Sklep stoi na PrestaShopie, więc wiadomo – to nie WooCommerce, gdzie co drugi tutorial kończy się hasłem „zainstaluj wtyczkę i gotowe”. PrestaShop jest bardziej… konkretny. Daje dużo możliwości, ale lubi też, jak się wie, co się robi. A jak się nie wie, to potrafi dać po palcach.

Wielojęzyczność – teoria kontra rzeczywistość

Na początku naiwnie myślałem, że wielojęzyczność to będzie:

„dodaj język → przetłumacz produkty → po sprawie”

No nie.
Szybko wyszło, że:

  • język to jedno

  • waluty to drugie

  • kraje, strefy, podatki to trzecie

  • a logistyka i płatności to osobna bajka

I właśnie w tym momencie zamiast klikać na ślepo, zacząłem szukać sensownego źródła, które przeprowadzi mnie przez cały proces od A do Z, a nie tylko przez jeden wycinek.

Jeden artykuł, który naprawdę zrobił robotę

Po przekopaniu pół internetu trafiłem na artykuł:
Jak skonfigurować sklep internetowy PrestaShop pod sprzedaż międzynarodową

I to był dokładnie ten moment, kiedy pomyślałem: okej, ktoś tu faktycznie wie, co robi.

Największy plus?
To nie jest poradnik w stylu:
„zainstaluj paczkę językową i voilà – Europa stoi otworem”.

Ten materiał prowadzi krok po kroku:

  • od konfiguracji języków

  • przez kraje, waluty i strefy

  • po podatki, wysyłki i metody płatności

Czyli dokładnie to, co mnie interesowało, bo sprzedaż międzynarodowa to system naczyń połączonych, a nie jeden checkbox w panelu.

A skoro już grzebałem, to poszedłem dalej

Jak już byłem na stronie autora, to – wiadomo – zacząłem przeklikiwać inne kursy. I tu trafiłem na kolejny temat, który od dawna chodził mi po głowie: newsletter.

PrestaShop „out of the box” newslettera tak naprawdę… nie ma. Są jakieś szczątkowe rozwiązania, ale jeśli ktoś myśli o sensownym zbieraniu maili, to bez rozszerzeń ani rusz.

Dlatego zapisałem sobie jeszcze jeden materiał:
Newsletter i subskrypcje e-mail w PrestaShop

Na razie traktuję to jako preludium do kolejnego etapu, ale dobrze wiedzieć, że temat jest ogarnięty kompleksowo, a nie na zasadzie „zainstaluj moduł i radź sobie sam”.

Ile to wszystko realnie zajęło?

I teraz konkret, bo to pytanie zawsze pada.

Dostosowanie sklepu pod rynek EU (język niemiecki i angielski) zajęło mi około 6 godzin.
Nie jedną noc, nie tydzień, nie „jak znajdę czas”. Jeden intensywny dzień pracy:

  • czytanie

  • klikanie

  • testy

  • poprawki

Bez chaosu, bez cofania się dziesięć razy, bez zgadywania.

Czy było idealnie? Nie.
Czy było wystarczająco dobrze, żeby ruszyć dalej? Zdecydowanie tak.

I chyba właśnie to lubię najbardziej w takich projektach – moment, w którym pomysł z urlopu zamienia się w realnie działający element sklepu. Teraz czas sprawdzić, jak na to wszystko zareagują klienci spoza Polski.

Sklep jest gotowy. Technicznie wszystko domknięte, języki działają, wysyłki policzone, płatności ogarnięte. I teraz mogę w końcu skupić się na tym, co mnie naprawdę kręci, czyli sprzedaży i budowaniu marki. A jeśli mam być szczery – najbardziej ciągnie mnie w stronę jednego rynku: Niemiec.

Nie bez powodu. Niemcy od lat mają słabość do rzeczy robionych ręcznie. Rzemiosło, naturalne materiały, lokalna produkcja – to nie jest chwilowy trend, tylko realna wartość. Drewno, świeczki, proste formy, bez plastiku i bez masówki – dokładnie ten klimat, w którym czuję się najlepiej i który już sprawdził mi się w Polsce.

Ten sam patent, tylko inny rynek

Nie zamierzam wymyślać koła na nowo. Najlepsze jest to, że mam już schemat, który zadziałał u nas. I właśnie jego chcę przenieść na rynek niemiecki.

Podstawa to:

  • social media

  • regularna obecność

  • pokazywanie procesu, a nie tylko gotowego produktu

Do tego dochodzą poradniki. Takie totalnie na luzie. Uczące, jak zrobić prostą biżuterię samodzielnie. Niekoniecznie z drewna. Czasem z tego, co ktoś ma pod ręką. Bo nie chodzi o to, żeby każdy od razu kupił u mnie – tylko żeby zobaczył, że za tym sklepem stoi ktoś, kto zna temat i lubi się nim dzielić.

Content, który robi robotę (nie tylko sprzedażową)

W dobie Google i całego zamieszania wokół E-E-A-T, takie poradnikowe działy to złoto. Pokazują:

  • doświadczenie

  • ekspertyzę

  • autentyczność

  • realną pasję

A przy okazji robią coś jeszcze – podbijają widoczność sklepu w wyszukiwarce. Blog, tutoriale, wpisy „jak zrobić”, „jak zacząć”, „czego nie robić” – to wszystko pracuje długofalowo. Bez krzyczenia „kup teraz”, bez nachalnej sprzedaży.

I co najważniejsze: to jest format, w którym czuję się naturalnie. Nie muszę udawać marketera. Wystarczy, że pokażę, jak coś robię i dlaczego robię to tak, a nie inaczej.

Czy to zadziała w Niemczech?

Tego nikt nie wie na 100%. I właśnie to jest w tym najciekawsze.

Mam jednak dobre przeczucia. Rękodzieło jest uniwersalne. Historie są uniwersalne. Proces twórczy działa na ludzi niezależnie od języka. A jeśli do tego dołożę konsekwencję i cierpliwość, to szanse są po mojej stronie.

Nie liczę na szybkie fajerwerki. Liczę na:

  • stabilny wzrost

  • zaangażowaną społeczność

  • klientów, którzy wracają

Na ten moment to wszystko wygląda jak bardzo sensowny kolejny krok. Sklep jest gotowy, pomysł jest sprawdzony, a rynek – otwarty. Teraz pozostaje zrobić to, co zawsze działało najlepiej: robić swoje i dać temu czas.

Udostępnij

O autorze

Redakcja portalu mBlog.